Za siódmym regałem

Była kiedyś recenzja, w której czytelnik uciekł się do metafizyki i udowodnił, że książka nigdy nie istniała. Słuszność rozumowania okazała się pozorna, ale autorkę skazano za fałszerstwo.

mieć szczęście jak farborn

Powiadają, że wszyscy farbornowie są magami. Że nie należy patrzeć w ich nienaturalnie ciemne oczy. W niektórych opowieściach przybierają postać pająkowatych garbusów, nieustannie przesiadujących w mrocznych piwnicach. Minęło ponad dziesięć pokoleń, odkąd przybyli na naszą planetę. Niekiedy dochodzi między nami do wymiany handlowej; pewien rodzaj rudy nazywa się nawet rudą magów, bo stanowi dla nich pożądany towar. Jedna z tamtejszych kobiet została kiedyś żoną Wolda, ale to zdarzyło się dawno temu, tak dawno, że - poza samym zainteresowanym - nikt już o tym nie pamięta. Czas zaciera granicę między prawdą a mitem. Farbornowie nie są jednak ludźmi, tego możemy być pewni. My, mieszkańcy Tewaru, powinniśmy trzymać się od nich z daleka.

Banda głupich, upartych koczowników. Żyją teraźniejszością, nie dbając o swoją przeszłość. My natomiast robimy, co tylko się da, by zachować dziedzictwo kulturowe. Przechowujemy w pamięci zwyczaje, których już nie rozumiemy. Dbamy o tę ledwo dostrzegalną nić łączącą nas z Ligą Wszystkich Światów (coraz częściej powątpiewa się w jej istnienie), z domem (chociaż wydaje się mniej realny niż zajmowane przez nas miasto). Jedna z kobiet, Arilia, została niegdyś - na wieczną naszą hańbę - żoną Wolda. Egzotyki mu się zachciało! Jakby i bez tego liczba ludzi nie malała z każdym rokiem. Minęły czasy świetności, niestety. Tubylcze plemiona wifów z pewnością nie zasługują na miano ludzi. My, mieszkańcy Landinu, powinniśmy trzymać się od nich z daleka.

Ale pojawia się zagrożenie. Z daleka nadciągają hordy ghalów, budzących strach barbarzyńców o płaskich nosach. W obliczu niebezpieczeństwa mieszkańcy Tewaru i Landinu podejmują próbę zjednoczenia.


Autorka przedstawia odmienne kultury z pozycji bezstronnego obserwatora, wolnego od uprzedzeń i wpływów. Nie ocenia, nie wyróżnia dobrych ani złych. Dba o szczegóły, które razem składają się na imponujący obraz świata przedstawionego.  Czytelnik może - na przykład - usłyszeć ogólnie przyjęte formuły grzecznościowe. W centrum zainteresowania pisarki znajduje się człowiek. "Czym kultury różnią się od siebie? Przede wszystkim - obyczajami", pisał Ryszard Kapuściński. "Powiedz mi, jak się ubierasz, jak się zachowujesz, jakie masz zwyczaje, jakim bogom oddajesz cześć - a powiem ci, kim jesteś. Człowiek nie tylko tworzy kulturę i mieszka w niej, człowiek nosi ją w sobie, człowiek  j e s t  kulturą".[1] Zderzenie kultur odbywa się u Le Guin na dwóch płaszczyznach. Poznajemy zarówno stosunki kulturowe powstałe przy zetknięciu całych społeczeństw, jak i przeżycia jednostkowe (głównie za sprawą Rolery oraz Jacoba Agata). Przy czym należy zaznaczyć, że te jednostki zawsze wyprzedzają resztę o (niejeden) krok, zasługują na miano wyjątkowych.

Urzeka mnogość barwnie odmalowanych bohaterów, wśród których nie brakuje silnych kobiet gotowych bronić miasta. Na tle przełomowych wydarzeń zarysowuje się - momentami przewidywalny, za to niezwykle subtelny - wątek miłosny. Zwraca uwagę także podjęty przez autorkę motyw starości. Znajdujący się u schyłku życia Wold z nostalgią wspomina dawne czasy (mimo że pamięć już nie ta). Niegdyś wódz i niepokonany wojownik, dzisiaj - nestor szanowanego rodu czy zniedołężniały starzec? Toczy wojnę wewnętrzną, zachowując dystans w stosunku do nadchodzących walk, sporów towarzyszących obejmowaniu władzy nad plemieniem.

Czy powiedzenie, obecne w tytule wpisu, znajduje uzasadnienie w opowiadanej historii? Sprawdźcie. 

Ursula K. Le Guin, Planeta wygnania, s. 192, Książnica, Katowice 2010

[1]"Podróże z Herodotem", Wydawnictwo Znak, Kraków 2004

11 komentarzy:

  1. Jak ja dawno Le Guin nie czytałam... Twoja recenzja, paradoksalnie, zachęciła mnie do przeczytania "Lewej ręki ciemności", bo "Planety wygnania" nie ma niestety w bibliotece. Ale tytuł oczywiście zanotuję, może w innej bibliotece go znajdę.;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Właściwie mówi się, że kultura to nasza klatka, jaką kulturę wyhodowaliśmy taką już będziemy mieć i ona będzie nas ograniczać. ;) Jednoczenie się w czasie zagrożenia - to napycha mi ino anegdotki o Polakach ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie znam i to chyba raczej nie dla mnie:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Te anegdotki są ..hmm znane. 123 lat walki o niepodległość, a II RP to jedna wielka wojna, 13 rządów, co chwile zmiany premierów, zamach na prezydenta - absurd i piekło. Tak do II wojny światowej. A po 1989? Wolność? I zaś wojna, nasza wewnątrzna. Jesteśmy cudownym narodem, jak Churchill był premierem. Na czas kryzysu i walk zbrojeniowych.

    OdpowiedzUsuń
  5. Jakkolwiek fantastyka mnie nie porywa, to (zachęcona Twoją recenzją) pewnie sięgnę po tę książkę w (nie)dalekiej przyszłości ; )

    Owszem, można mówić o zderzeniu różnych kultur, ale z drugiej strony wszystkie kultury "zawierają w sobie" wspólne pierwiastki i to one powinny być płaszczyzną porozumienia, otwierania się na "inność".

    Miłego dnia!^^

    OdpowiedzUsuń
  6. Patrycjo, to, co napisałaś, wzbudziło we mnie chęć przeczytania, jak potoczyły się dalsze losy bohaterów "Planety...", jak wyglądało ich życie, gdy opadły emocje związane z wojną. (Niestety, książka nie posiada bezpośredniej kontynuacji).

    Przyznam się, Luizo, że również nie przepadam za fantastyką. Le Guin, mimo że jest zaliczana do klasyki gatunku (prawdopodobnie ze względu na miejsce akcji: planeta wraz z jej odmiennym środowiskiem, tubylczymi plemionami), skupia się raczej na aspektach socjo- i antropologicznych.
    Pamiętaj, że analizujesz tę sytuację z dystansu. W "Planecie..." emocje, głównie strach ze strony tubylców i poczucie wyższości intelektualnej ze strony przybyłych, nie pozwalają dostrzec tych wspólnych pierwiastków.

    OdpowiedzUsuń
  7. >> patrycja antonina

    pozwolę sobie poprawić: w czasie II RP mieliśmy 29 rządów (pozdrawiam samych pięć kazimierza bartla) ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Może i bym chętnie sprawdziła, ale to całe sci-fi mnie skutecznie zniechęca, To zdecydowanie nie moje klimaty.

    OdpowiedzUsuń
  9. Z jednej strony bym przeczytała, bo wydaje się ciekawe, z drugiej wszystko, co zajeżdża socjologią, odpycha mnie na kilometr (to przez wos w szkole). Na zapas zapiszę na listę do przeczytania, zobaczy się.

    Pytałaś wcześniej u mnie, dlaczego nie lubię Pottera. Ja też czytałam książki z serii, bodaj pierwszą, drugą, czwartą i piątą, ale głowy nie dam. Na początku było sporo ciepła, ale im dalej, tym go było mniej, zachwyt powieściami natomiast urastał do zbiorowej euforii (irytuje mnie coś takiego, zbiorowe dyktowanie trendów). Miałam przy tym wrażenie, że Rowling ściąga trochę od powstałej już fantastyki. [To ostatnie to chyba sobie nieco zmyśliłam, żeby się usprawiedliwić przed koleżankami, które Potterem zbyt często próbowały mnie karmić - i zbyt często powtarzałam;).]

    OdpowiedzUsuń
  10. Oczywiście, mój wstęp do rozważań (czy raczej pewna myśl) jest utopią (to nawet nie kwestia tego, że oceniam z dystansu - nie odnoszę się do książki, bo po prostu jej nie czytałam). Każdy z nas przecież na co dzień doświadcza "inności" i wie, jak bolesne jest zderzenie świata idealistycznego z rzeczywistością. "Inność" wcale nie musi polegać na przynależności do odrębnej kultury. Może się wiązać niemal ze wszystkim (ot, wyglądem, poglądami, wyznawaną religią itd.).

    OdpowiedzUsuń